Po siódme - nie kradnij :-)

Australijska codzienność

Właśnie zdałam sobie sprawę, że minął miesiąc od mojego ostatniego wpisu. Obiecałam sobie regularne aktualizacje, jednak moje milczenie spowodowane jest raczej brakiem czasu aniżeli lenistwem.

Powoli zaczynam wtapiać się w australijską rutynę. Traktuję to miejsce bardziej jako swój dom aniżeli egzotyczne miejsce, w którym przyszło mi stacjonować. Zaczyna się spełniać to, o czym wspominałam w poprzednim wpisie: mam swoje ulubione sklepy, kluby i restauracje, ścieżki w parku, skróty na uczelnię i nawet serki wiejskie ! :-)

Prawie miesiąc temu zaczęłam pracę w jednej z międzynarodowych firm zajmujących się wynajmem powierzchni konferencyjnych. Długo mogłabym się rozpisywać na temat różnic pomiędzy australijskimi a polskimi pracodawcami. Tu nie ma miejsca na „podpiszemy to później”, „umówmy się, że tak będzie”, „się zobaczy”. Wszystko mam na papierze, o wszelkich zmianach informowana jestem z wyprzedzeniem, korzystam z elektronicznej platformy zajmującej się ewidencją pracy, zwolnieniami, wypłatami … czasami wydaje mi się, że nawet moje pierdnięcia są rejestrowane przez czujniki a mi potem potrącą klimatyczne z wypłaty ;-)

Biurokracja ma też swoje minusy. Kilka dni musiałam czekać na swój kontakt, który został wysłany na mój adres domowy pocztą … co z tego, że codziennie jestem w biurze i mogłabym podskoczyć do babki z HR złożyć podpis, co zajęłoby pewnie jakieś 2 min. Przepis to przepis i trzeba się go trzymać !

Atmosferę mamy fantastyczną. Nie ważne czy jesteś dyrektorem czy sprzątaczką, czy podjeżdżasz do biura mercedesem czy autobusem – wszyscy traktowani są z szacunkiem, nie dzielimy się na lepszych i gorszych. O różnicy pomiędzy polską a australijską wypłatą wspominać nie muszę. Pozostając w temacie pieniędzy zatrzymam się na chwilę na kosztach utrzymania.

Mówi się, że Australia jest bardzo drogim krajem … a i owszem, ale tylko dla turystów. Jeśli tu pracujesz o swój portfel możesz martwić się znacznie mniej niż w Polsce.

Minimalna stawka godzinowa (wypłata najczęściej wypłacana jest za przepracowany dzień lub tydzień) to 17 AUD, jednak nie spotkałam się z nikim kto by tyle zarabiał a zakrawa to o jakąś stawkę głodową i raczej niehumanitarną.  Za mleko, chleb, kilo jabłek, rolkę sushi lub kawę na mieście płacisz ok 3 dolarów. Obiad w knajpie to ok 15-20 AUD. Wszystko poniżej średniej stawki godzinowej. Dla porównania w Polsce zarabiasz minimalnie 13 PLN, za zestaw w McDonald płacisz 20 PLN .. tu 8 dolców. Różnice widać gołym okiem. Jedynie transport miejski uszczupla portfel bo podróżniczy tydzień w Sydney kosztuje średnio 40 AUD. Jednak jak to mówią chciałabym ponarzekać ale nie mam na co ;-) Odkładam sobie powoli na emeryturę i tak zamierzam jako pomarszczona emeryta bujać się po świecie za tą kasę niczym niemiecki rencista z Neckermannem.

W połowie kwietnia kończę mój kurs angielskiego. Czekam na przedłużenie wizy a w czerwcu lub lipcu startuję z rocznym certyfikatem w biznesie, po którym chciałabym zrobić dyplom. Przerwę w nauce planuję wykorzystać na pełnoetatową pracę i podróże. Nowa Zelandia za 500 PLN! Jak tu nie skorzystać?! :-)

To chyba na tyle z poważnych tematów. Poza tym jesień się zbliża, w związku z czym w nocy leje tak niemiłosiernie, że mam wrażenie, że rano obudzę się niesiona falą na środku oceanu. Na szczęście dni są nadal ciepłe (nie upalne), więc pogoda idealna do życia. No i człowiek już  nie poci się od samego mrugania oczami :-)

Ściskam ciepło a poniżej kilka fot z ostatnich tygodni !

Podziel się opinią