Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies? ROZUMIEM
Może zawsze trzeba najpierw przejść przez piekło … – Karolina Zawiasa
Po siódme - nie kradnij :-)

Może zawsze trzeba najpierw przejść przez piekło …

Brzmi złowrogo chociaż wcale tak nie jest :-) Miałam dziś delikatną wymianę zdań z moją agencją wynajmującą mieszkania, zatem pomyślałam sobie że jest to dobry moment żeby poruszyć temat powracający niczym bumerang (że tak pozostanę w australijskich klimatach ;-)) i związany z rewolucją jaką jest niewątpliwie wywrócenie swojego życia do góry nogami (dosłownie i w przenośni biorąc pod uwagę położenie geograficzne).

Wszyscy z którymi rozmawiam o pierwszych tygodniach pobytu w Australii jednogłośnie stwierdzili, że to koszmar. Takie samo zdanie mają żyjący tu od wielu lat Polacy, moi koledzy z kursu czy chociażby sąsiedzi z którymi właśnie przy pysznej tureckiej (oryginalnej !) kawie dyskutowałam o życiowo-filozoficznych sprawach.

Oczywiście słowo koszmar trzeba wziąć w duży cudzysłów, jednak jak słyszałam z opowieści pierwszych kilku miesięcy albo nie pamiętasz, albo starasz się je wymazać z pamięci. Przyczyna jest prosta: swoje mniej lub bardziej poukładane życie zaczynasz całkowicie od nowa. W moim przypadku ciepłą posadkę, wygodne mieszkanie, sprawdzoną grupę przyjaciół zamieniasz na …  czystą kartę. Nie masz ulubionego sklepu, ukochanej kosmetyczki, wydeptanej alejki w parku, dobrze znanego i oswojonego wqrwa po weekendzie, że trzeba znów wstać do pracy. Ale nie zabrałaś też ludzkich opinii na swój temat, codziennych problemów i zmartwień. Tabula rasa.

Starasz się jak najlepiej uwić nowe gniazdo. Musisz znaleźć pracę, poznać nowych ludzi, nowe miejsca, musisz wyrobić w sobie nowe nawyki.  I tak z tyłu głowy słyszysz to nieustające MUSISZ, które chyba właśnie jest tym koszmarem.

A po kilku miesiącach masz nowy ulubiony sklep, nową pracę, nową szafę w którą chowasz nowe ubrania. Nowych znajomych z którymi spotykasz się w nowej kawiarni idąc nową ukochaną ścieżką w parku. Nareszcie ,masz też czas, żeby naprawdę zacząć zwiedzać Australię, nie tylko odhaczać wszystkie „must see”. I podobno właśnie wtedy zaczyna się to prawdziwe życie tutaj. I ponownie usłyszałam jeden głos pochodzący od wszystkich moich rozmówców: nie wracam !

Ja jestem tu dopiero trzy tygodnie. Z pełną świadomością zatem stwierdzam, że wracam … na 50% :). Na 50% też z pewnością tu zostanę. Co by się nie działo, ze spięciem okrężnicy czekam na moment, kiedy to prawdziwe życie się zacznie. Musi być całkiem spoko, skoro ten niby koszmar trwający teraz jest jednym z najfajniejszych momentów w moim życiu:-)Nie ważne jaką decyzję podejmę za te kilka miesięcy. Nie wyobrażam sobie jednak, że mogłoby mnie tu nie być. Że nie przeżyłabym z pewnością najpiękniejszej przygody mojego życia. Usłyszałam niedawno, że wielu ludzi tak naprawdę tylko krok dzieli od spełnienia swoich podróżniczych marzeń. Nie brak pieniędzy, rodzinne zobowiązania, prywatne problemy. Tylko brak odwagi aby na stronie linii lotniczych wcisnąć przycisk book.

Ja jestem na drugim końcu świata i powiem Wam, że może chociaż ta podróż wydaje się być tak niedorzeczna, szalona albo niemożliwa to ze swojej perspektywy z całą świadomością stwierdzam, że tak naprawdę nie jest niczym nadzwyczajnym i nie różni się od wycieczki do Sosnowca. Kupujesz bilet, wsiadasz, wysiadasz i jesteś. Zwłaszcza w XXI wieku, erze nieustającej globalizacji, ruchów migracyjnych i skype’ów (co ciekawe z moimi rodzicami „widzę” się teraz znacznie częściej i mamy lepszy kontakt niż kiedy mieszkałam w Warszawie).

Zatem droga koleżanko i drogi kolego. Nie ważne czy marzy ci się podróż dookoła świata czy wycieczka do „Czechosłowacji”. Czy chcesz się przeprowadzić na zawsze, czy zrobić krótki wypad w miejsce, w które zawsze chciałaś zobaczyć. Pakuj manatki i rusz dupę, bo jutro może cię przejechać pijany kierowca walca i co wtedy? :-)

Btw. Wiem że już się chwaliłam, ale to największa radocha ostatnich dni. Wczoraj namierzyłam coś co wygląda i smakuje jak polski chleb. Jak debil rzuciłam się na niego jeszcze na ulicy zjadając  prawie cały. Aż trzęsły mi się uszy, pewnie trzęsłyby się też cycki jakbym jakieś miała