Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies? ROZUMIEM
No worries, czyli komunikacja miejska w Sydney – Karolina Zawiasa
Po siódme - nie kradnij :-)

No worries, czyli komunikacja miejska w Sydney

Dzień dobry. Mamy godzinę ósmą rano a ja powoli zaczynam czuć się zwycięzcą w starciu jetlag vs Zawiasa. W związku z powyższym w dniu wczorajszym dokonałam pierwszego nieśmiałego (no dobra, nie było nieśmiałe ;-)) podboju miasta. Jednak bardziej z poziomu lokalsów aniżeli turysty.

Rano wybrałam się na zakupy do pobliskiego niewielkiego supermarketu. Ceny rzeczywiście zabijają. Kilka podstawowych produktów umożliwiających przeżycie i lekką ręką wydałam 50 dolców. Myślę że w Polsce nie przekroczyłabym 30 zł. Nie tak jak lżejszy portfel zabolał mnie fakt, że Australijczycy naprawdę mają problem z nabiałem. Oczywiście mleko uraczysz, puddingi, jogurty (głównie smakowe) też, ale nieodżałowanego serka wiejskiego czy chociażby maślanki, kefiru albo zwykłego jogurtu naturalnego ze świecą szukać. Ja się jednak nie poddaję i dziś zamierzam kontynuować "piątnicowe" safari :-)

Pozostając w temacie zakupów. Wczoraj również drogą kupna we wspomnianym markecie nabyłam Opal Card, czyli tutejszy bilet na komunikację miejską. Działa na zasadzie podobnej do telefonu na kartę. Ładujesz i płacisz tyle, ile wykorzystałeś. Każdy pasażer wsiadając do komunikacji miejskiej (wyłącznie pierwszymi drzwiami obok kierowcy) zobowiązany jest do odbicia karty, podobnie przy wysiadaniu. Koszt przejazdu trasy jest ściągany z karty. Spoty ekstremalne w postaci jazdy na gapę całkowicie więc odpadają.

Wracając do komunikacji miejskiej- o niej można pisać poematy !!!! Takiej jazdy bez trzymanki nie widziałam chyba nigdzie na świecie. Australijczycy darowali sobie zawracanie głowy takimi przyziemnymi pierdołami jak rozkłady jazdy. O ile tubylcy nie mają zapewne z tym problemu, dla takiego newbie jak ja był to powód do lekkiego szoku.

Zatem How does it work? Najlepszym przyjacielem osoby poruszającej się po Sydney jest … google maps ewentualnie rodzima aplikacja typu „jak dojadę”. Lokalizujesz się na mapie, sprawdzasz czym możesz dojechać do miejsca docelowego i jazda ! (dosłownie i w przenośni). O ile na początku wydaje Ci się, że jesteś cwaniakiem i możesz oszukać system, bo przecież widzisz w aplikacji na którym przystanku masz wysiąść i sobie policzysz, o tyle szybko zdajesz sobie sprawę, że to ty przez system zostałeś oszukany, albowiem autobus nie zatrzymuje się na każdym przystanku (wszystkie są na żądanie).

Zatem znów spoglądasz na google maps i w pocie czoła z zaciśniętymi kciukami i zębami obserwujesz przesuwający się punkcik.

A co jeśli przegapisz swój przystanek? No worries ! Gdzie byś nie wysiadł i tak będzie pięknie :-)