Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies? ROZUMIEM
Sydney „od kuchni” – Karolina Zawiasa
Po siódme - nie kradnij :-)

Sydney „od kuchni”

Każdy, kto mnie dobrze zna doskonale wie, że uwielbiam golonkę, spaghetti, pierogi i śledzie, makowce i bombonierki … pod warunkiem, że są zrobione z serka wiejskiego ! :-) Przeprowadzone przed moim wyjazdem rozeznanie rynku  spowodowało u mnie przyspieszone bicie serca, albowiem okazało się, że po drugiej stronie świata serek wiejski występuje  w przyrodzie równie często, jak inteligentny poseł w PiS, znaczy się trudno uraczyć.

Rzeczywistość nie sprawiła mi miłej niespodzianki. Co prawda nabiału od wyboru do koloru, ale tylko pod warunkiem, że mówimy o mleku albo jogurtach. Może delikatnie przekolorowałam, ale faktycznie tych produktów jest najwięcej. Sklepowe półki uginają się pod ciężarem licznych rodzajów mlek: obniżona zawartość tłuszczu, kalorii, ryżowe, czekoladowe, sojowe. O jogurtach już nawet nie wspomnę - smaków miliony, nie zdziwię się specjalnie jeśli kiedyś znajdę jakiś o smaku czosnkowo-bananowym. Co ciekawe zwykłe naturalne jogurty są tu raczej towarem deficytowym, łatwiej z pewnością o grecki.

Kefiru, maślanki i zsiadłego mleka nie widziałam tutaj nigdzie ! Pewnie istnieje jakaś szara strefa: wchodzisz do opustoszałego budynku gdzieś na peryferiach, gościowi na bramce mówisz, że przysłał Cię mały Zenek. Po dokładnym obszukaniu wchodzisz do środka, gdzie król nabiałowego podziemia za bezcen sprzedaje ci butelkę maślanki. Dorzucasz zegarek i dostajesz jeszcze chłodnik.

Powracając do tematu ukochanych przeze mnie serków. Z duszą na ramieniu i nadzieją w sercu dzień po przylocie wyruszyłam do pobliskich sklepów na nabiałowe safari. Niestety nie upolowałam niczego. Ruszając ostatnią obumarłą szarą komórkę drogą dedukcji wpadłam na pomysł, że skoro w Sydney jest kilka ALDIków będących europejskim brandem to siłą rzeczy może i asortyment będzie bardziej europejski. No i się nie pomyliłam ! Na półce znalazłam serek, ze łzami w oczach włożyłam go do koszyka, zakupiłam i przyniosłam do domu. Celebrując otwarcie wieczka zanurzyłam łyżeczkę i … o mało nie puściłam pawia ! To co miało uratować moje jestestwo tutaj okazało się białą breją, smakiem przypominającą zapewne (nie wiem na pewno bo nie miałam przyjemności) zgniłą z wilgoci podeszwę buta okraszoną rozkładającym się w kanalizacji szczurem. Nie poddałam się jednak i wyruszyłam na dalsze poszukiwania. Okazało się, że w każdym większym hipermarkecie uraczysz jakiś serek wiejski (dosłownie jeden do wyboru). Jedne lepsze drugie gorsze, ale zjeść się da. Nie wiem nawet kiedy nastąpiło jakieś spięcie w moich synapsach, ale pewnego dnia ALDIKowy serek, który początkowo doprowadził mnie do rozstroju kiszek  został moim ulubionym ! Podobnie jak Piątnicę w Polsce dodaję go tutaj do wszystkiego, nawet do indyjskiego żarcia (!), wiem jestem zboczeńcem! :-) Także kto wie? Może kiedy wrócę do Polski nawet za nim zatęsknię?

Na temat tutejszego chleba zdążyłam się już wypowiedzieć. Generalnie w sklepie znajdziesz głównie gąbczasty twór chlebopodobny nasiąknięty wszelakimi E500, RTV i AGD. W związku z powyższym postanowiłam poszukać jakiegoś zamiennika w postaci tutejszej Wasy. Metodą prób i błędów natrafiłam na corn’owe krakersy. Polskie ryżówki mogą schować się ze wstydu do magazynu i nigdy nie wychodzić ! Sydney’owskie są fantastycznym połączeniem genialnego zapachu i smaku, chrupkości. Te, które kupowałam w Polsce (niezależnie od dodatków w postaci kokosa, amarantusa itd.) smakowały jak azbest połączony ze styropianem. Tu o zdrowe przekąski nie muszę się obawiać :-)

Może nie każdy wie, ale jestem wielką fanką warzywnych zupek z Biedronki. Kupowałam ich tyle, że w podzięce zaproponowano mi aby moja podobizna dołączyła do kolejnej partii świeżaków :-). 100 naklejek i możesz sobie postawić pluszową Zawiasę na półce obok kalafiora ;-). Niestety wyjazd pokrzyżował mi plany i zamiast robić karierę w Polsce, rozpoczęłam poszukiwania podobnych zupek w Australii. W tym przypadku jakoś nie było trudno. Pierwszy strzał okazał się skuteczny. Tym razem również nie zawiódł ALDI, dostarczając mi puszkę solidnej i smacznej jarzynówki. Proces przygotowania doskonale wpasowuje się w moje kulinarne skille ! W miskę mikrofalę i  gotowe ! :-)

Powyższe produkty zajmują 99,9% powierzchni moich półek i z pewnością stały się tym co „moje i ulubione” w Australii.