Po siódme - nie kradnij :-)

Trzy, dwa jeden .. GO !

Trzy dni pozostały do mojego wylotu. Gdy emocje związane z otrzymaniem wizy już opadły zastanawiałam się kiedy dopadnie mnie „Reisefieber”. Pewnie na miesiąc przed odlotem – NIC. Może na dwa tygodnie przed odlotem? NIC. W 2017 roku na bank ! NIC.

We wtorek o tej porze będę już w samolocie. Zero zdenerwowania, napięcia, niepewności. Zamiast obgryzać paznokcie u stóp wyszukuję w Sydney miejsca w których mogę przedłużyć rzęsy i kupić serki wiejskie (trzeba mieć w życiu priorytety ;-))

Jestem właśnie w trakcie wielkiego pakowania (segregowanie skarpetek, prasowanie bikini ;-)). Całe szczęście, że wyjeżdżam do miejsca gdzie większość ciuchów można złożyć w kostkę wielkości naparstka. Strach pomyśleć jak wyglądałby mój bagaż gdybym jechała na Grenlandię ! Oczywiście moja mama wychodzi z założenia, że na tym końcu świata to nie ma żadnych sklepów i powinnam zabrać ze sobą dwie tony ubrań, mikrofalówkę, miotacz ognia, glebogryzarkę i podręczny pług śnieżny – w końcu nie wiadomo ile tam zabawię ;-)

W związku z powyższym nasz podział obowiązków przed moim wylotem wygląda następująco – mama prasuje i wrzuca w walizkę, ja z tej walizki niepostrzeżenie wyciągam 90% zawartości. EPIC !

To jeden z moich ostatnich wpisów ze śnieżnej i przepięknej Polski. Kolejne wieści z gorącego Sydney – a prognozy są obiecujące.

Ściskam !

Podziel się opinią