Po siódme - nie kradnij :-)

Tajlandia cz. 1 – Bangkok

bangkok

Co zobaczyć w Bangkoku? Atrakcje w Bangkoku, Bangkok w 3 dni. Wystarczy wpisać podobne frazy w wyszukiwarce i po chwili wyświetlą nam się dziesiątki artykułów dotyczące tych zagadnień.

Postanowiłam więc nie powielać tematu, ale po krotce pokazać stolicę Tajlandii z mojej perspektywy, przemycając kilka porad i wskazówek. Zatem, Panie i Panowie - Bangkok by me!

W Krainie Uśmiechu wylądowałam o 13 lokalnego czasu. Bez dokładnych wskazówek dotyczących dojazdu do hotelu, poruszania się po mieście itd. Zgodnie z zasadą typową dla Zawiasy, czyli „jakoś to będzie” ;-) A skoro jakoś ma być, to potrzebuję Internetu.

Internet w Tajlandii

Wychodząc z sali przylotów trafiam na „SIMowisko”, czyli zatrzęsienie standów lokalnych operatorów sieci komórkowych. Proces podłączenia do Internetu jest banalny. Wybieramy interesującą nas ofertę, podchodzimy do pracownika, który rejestruje kartę, wymienia ją w naszym telefonie i TADAM! Mamy zasięg. Problem polega na tym, że takie oferty dla turystów są drogie. Kosztują ok 600 bathów (ok. 72 zł) za nielimitowany Internet na 2 tygodnie. Lepiej udać się do 7 eleven (taka lokalna Żabka, którą spotkamy dosłownie na każdym kroku), kupić prepaid za 49 bathów i doładować kartę według własnych potrzeb.

Transport w Bangkoku

Powracając do mojego pobytu w stolicy Tajlandii. Metrem i taksówką docieram do hotelu. Oczywiście „using the meter”. Bez taksometru to najdroższy środek transportu w mieście. Jeśli zadbamy o to, aby taksówkarz go włączył, nagle taxi okazuje się być najtańsza. Mój kierowca nie mówi po angielsku, co ciekawe z odczytaniem adresu też ma problem. Po kilku minutach dogadywania się na migi jedziemy w pożądanym kierunku. Nasza konwersacja przypomina rozmowę z moim małym chrześniakiem. On mówi coś po swojemu, ja po swojemu i oboje dobrze się bawimy :-) Rachunek wynosi ok 100 bathów (12 zł), z czego 35 bathów za samo trzaśnięcie drzwiami. Śmieszna cena, biorąc pod uwagę, że jechaliśmy naprawdę spory kawałek. Docieram do hotelu, biorę szybki prysznic (z wrażenia zapomniałam ściągnąć grubą bluzę, w której przyleciałam z Polski i jak można się domyśleć przy 35 stopniach „troszkę” się upociłam ;-)) i zaczynam moją tajską przygodę.

Porada nr 1.

Pozostając w temacie ubrań. Przeczesując Internet przed wyjazdem, sprawdzałam blogi traktujące o tym „co spakować do Tajlandii”. Spotkałam się z opiniami, że na 2 tygodnie potrzebujemy 14 bluzek, 15 par spodni, 48 kompletów bielizny, czapkę, kombinezon, mikrofalówkę, miotacz ognia i glebogryzarkę. Byli też tacy, którzy uważali, że wystarczy spakować się w reklamówkę z biedronki i to wystarczy. Przyznaję im rację. Chociaż sama zabrałam dosłownie 3 t-shirty, 3 pary spodenek  i dwie kiece, to i tak uważam, że to za dużo. Po pierwsze, wycieczka do Tajlandii to nie fashion week w Paryżu, żeby zmieniać ciuchy 5 razy dziennie (no chyba, że jesteś blogerką modową, która machnie sobie całą sesję w 15 różnych stylizacjach nad jednym pad thaiem), po drugie człowiek się tak niemiłosiernie poci, że częste pranie jest wskazane. Zatem kierujemy się zasadą „jedne gacie na dupie, drugie w pralce”. A pranie w Tajlandii jest bardzo tanie. Nie tylko w hotelach, ale i na ulicach znajdziemy liczne laundry service, gdzie za 1 kg prania zapłacimy ok 3 zł. A ile mogą ważyć skarpetki i koszulka?

W Bangkoku spędziłam cztery dni. Zamiast katować Was nudnymi opisami, po prostu zamieszczam kilka zdjęć. Robiąc je, za każdym razem powielałam następujący schemat.

a) Ojesoooo jak tu pięknie b) cykam fotę c) patrzę na efekt – „qrwa! wygląda jak Sosnowiec” ;-)

Mimo wątpliwego talentu fotograficznego, mam jednak nadzieję, że zdjęcia choć trochę przypadną Wam do gustu. Enjoy!

Świątynia Wat Arun

Świątynia Wat Arun

***

Wielki Pałac KrólewskiWielki Pałac Królewski

Wielki Pałac Królewski

Wielki Pałac Królewski

Wielki Pałac Królewski

Wielki Pałac Królewski

Porada nr 2.

Nie, wbrew obiegowej opinii na pierwszym zdjęciu nie mam brudnych nóg :-)  W tajskich świątyniach obowiązują restrykcyjne zasady dotyczące stroju. Jedną z nich jest zakaz wchodzenia do środka w obuwiu. Skarpetki są jednak dozwolone. Ja spodziewając się upałów,  przezornie wybrałam przewiewną wersję stopek. Chodzenie boso nie jest najlepszym pomysłem, nie tylko ze względu na bród, ale parzące w stopy płytki. Kobiety muszą również pamiętać o tym, aby zakrywać ramiona. Niestety chusta, którą miałam ze sobą okazała się niewystarczająca. Po kupieniu biletów za 500 bathów zostałam poinformowana, że w takim stroju dalej wejść nie mogę. „Ratunkiem” okazał się miejscowy sklepik, w którym za „jedyne” 200 bathów nabyłam tę oto sexy koszulkę. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem są własne ciuchy. Jeśli jednak zapomnieliście o odpowiednim nakryciu, w sąsiadujących z Pałacem stoiskach możecie wypożyczyć ubrania. Zróbcie to jednak przed wejściem na teren Pałacu. Potem klamka zapada i jesteście skazani na bluzki w stylu „aj low tajland”, zapewne made in China :-)

Leżący BuddaLeżący Budda

Leżący Budda
***Wat PhoWat PhoWat Pho***Golden MountGolden Mount

Będąc w Tajlandii odniosłam wrażenie, że ludzie tam mieszkający całe życie spędzają na gotowaniu albo spożywaniu jedzenia. Street food na ulicach Bangkoku można spotkać częściej niż prostytutkę w burdelu. Chociaż Magda Gessler z pewnością miałaby delikatne obiekcje co do warunków sanitarnych tam panujących, to możecie mi wierzyć, że jeśli jakaś potrawa jest w stanie wywołać kulinarny orgazm, to na bank będzie to uliczna szama z Krainy Uśmiechu.

Porada nr 3.

Jeśli Taj zapewnia, że coś jest tylko „little spicy”, możesz być pewny, że jedzenie wyżre Ci wnętrzności !

Mango sticky riceNajlepsze na świecie Mango Sticky rice

Street food

Street food

Street food

Street food

Street food

Street food

Street food

Być w Tajlandii i nie zjeść robaka, to jak … być w Tajlandii i nie zjeść robaka :-) Spróbowanie tych rarytasów znajdowało się na mojej liście „to do” albo raczej „to eat”, bowiem jak wielokrotnie powtarzałam jestem wszystkożerna. Nie tknę jedynie brukselki. Od mojego pobytu w Bangkoku do tego elitarnego grona dołączyły również larwy. Nie chodzi nawet o obrzydzenie. Po prostu w smaku nie przypominają kurczaka. A jeśli już to takiego, który rozkładał się na torfowisku przez miesiąc.

Porada nr 4.

Próbując robaków zaopatrzcie się w coś do picia. Skurczybyki lubią włazić między zęby.

China Town BangkokChina Town

China Town Bangkok

China Town Bangkok

China Town Bangkok

China Town Bangkok

Bangkokowy Mish'Mash

Bangkok

Tajski masaż

Bangkok

Bangkok

Bangkok

Zobacz: Cz.2 Chiang Mai

Leave a comment

Szanowny internauto, chcę Cię poinformować o wszystkich przepisach wchodzących w życie 25 maja 2018 roku wynikających z RODO w taki sposób, żebyś w pełni świadomie i komfortowo mógł korzystać z mojej strony. Używam też plików cookie, aby umożliwić działanie podstawowych usług w ramach mojej witryny internetowej i aby zbierać dane dotyczące sposobu, w jaki odwiedzający korzystają z tej strony i moich usług. Klikając przycisk Akceptuj zgadzasz się na to, abym korzystała z tych narzędzi na potrzeby reklamowania, analizowania i pomocy technicznej. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close